katechein
 

Czy potrzebuję Kościoła?

Home Artykuły 24.03.2018 143 drukuj
 

Ostatnio gdy byłem w jednym ze sklepów należących do tych wielkich sieci, zauważyłem taki obrazek. Starsza pani o surowym wyrazie twarzy sztorcowała dobrotliwie wyglądającego starszego pana, który cierpliwie odpowiadał na jej pytania. W wózeczku sklepowym było wszystko to co niezbędne do "święconki", a pani pytała męża o barwniki do jajek. Pomyślałem - "przygotowania do świąt w pełni". Zaraz potem bardzo się zdziwiłem, gdy starsza pani wpierw ominęła katolickie pisma kolorowe, a podeszła do "Polityki" i z zaciekawieniem obejrzała okładkę następnie przytuliła do piersi, zaraz potem w gąszczu innych pism odnalazła "Nie" i postąpiła podobnie(?!). I nagle obraz przygotowania do świąt Wielkiej Nocy prysł, no może zmienił tylko swój blask słoneczny na pobłyskiwanie brokatu.

Po co nam Kościół? Wiadomo św. Paweł pisze o nim jak o Mistycznym Ciele Chrystusa, w którym znajdują się bardziej lub mniej godne członki, ale każdy z nich jest potrzebny. Puszczając wodze wyobraźni zadaję sobie pytanie: jak ta starsza pani widzi Kościół? Czym jest on dla niej? Patrząc na profil prasy którą pochłania, mogę założyć, że to "tradycyjne" podejście jak do chłopca do bicia, które wyraża się w samousprawiedliwiającym się stwierdzeniu "Chrystus - tak, Kościół - nie!". Wtedy jakiś bliżej nieokreślony "chrystusik" jest ok - wiecie taki milusi i malutki jak w Boże Narodzenie, i taki kojarzący się z zającem, króliczkiem czy kurczaczkiem Wielkanocnym. Taki mdły i broń Boże nie wymagający. A przecież Chrystus i Kościół to jedno(!) bo Kościół to Jego obecne Mistyczne Ciało. To ciało ciągle cierpi z powodu grzechu i "brudu" swoich członków.

Idąc dalej tym torem zacząłem sobie zadawać pytanie czym lub kim dla mnie jest Kościół? No właśnie czym lub kim? 
Czasem trudno, bardziej lub mniej wątpiącym lub też wierzącym, w tym mnie samemu, ujrzeć w członkach Kościoła Chrystusa. Częściej doświadcza się w nim rozczarowań i chce się odwrócić wzrok. Bo jak spojrzeć np. na fakt, że ktoś blisko Kościoła niszczy innych ludzi, pomawiając ich bez podstawy lub zwyczajnie kłamie i oszukuje. Jak? Albo bardziej konkretny przykład: przemeldowuje swoje dzieci tylko po to, by poszły do innej szkoły niż ta z obwodu, by ona upadła. Co myślą o tych "kościelnych" ulubieńcach ludzie tworzący tę szkołę? Można sobie to wyobrazić, a my jako katecheci już doświadczamy tego "dobra", które zafundowali. Czy nie jest to zgorszenie? Jest!

Z drugiej strony warto sobie także zadać pytanie: jak często ja i moja postawa staje się źródłem rozczarowania dla innych. Jak więc powinienem żyć w tym Kościele? W wolności! Nie w wolności od przykazań, zasad, świadectwa dobrego życia i dowolności grzechu. Raczej w wolności mojego wyboru tego co dobre i co czasem kosztuje, ale nie dlatego, że tak trzeba - tylko dlatego, że chcę. Jezus przecież podchodził do ludzi i mówił "jeśli chcesz" a nie "musisz", czy "powinieneś".

Ta wewnętrzna wolność jest niesamowita, pozwala nie patrzeć na ludzi oceniając ich, ale szukać w nich dobra "pomimo grzechu". Przecież każdy, dosłownie każdy grzeszy, czasem tylko nie chce się do tego przyznać. Nikt z nas kamieniem rzucać nie powinien. Pozwala także mieć nadzieję, że Bóg jest większy i bardziej zaangażowany w nasze życie, niż to czasem wygląda.

Podsumowując, po co więc jest mi potrzebny Kościół? By być wolnym, by mieć środowisko rozwoju wiary, życia sakramentalnego, by móc spotkać się we wspólnocie z Chrystusem. Nie tym plastikowym z wystawy, zastępowanym choinką czy czekoladowym króliczkiem, ale tym cierpiącym, wymagającym i … zmartwychwstałym. Dającym nadzieję, że moje ciało kiedyś odmienione i zdrowe zmartwychwstanie i będzie wiecznie żyć szczęśliwie oglądając Boga. 

W tym okresie przedświątecznym życzymy Wam, by każdy „wielki tydzień” Waszego życia jak najszybciej kończył się radosną „Wielkanocą” doświadczenia Bożego wybawienia.